30 listopada 2012

piątkowe przemyślenia szydełkowo-polityczno-ogólne

Halo halo halo. Mietku, Franku i Staszku.

Dziś trochę prywaty.

Ale najpierw zachęcam Was do poczytania złotych myśli naszych Klubowiczek:

czyli co o stolicy Wielkiej Brytanii myśli Mila z bloga Milowy Las

oraz

czyli Niemcy oczami Eweliny, autorki bloga Czerwona Czereśnia.

Przeczytajcie koniecznie. 
Dołączyło do nas też kilka nowych Klubowiczek, które prowadzą bardzo ciekawe blogi "z emigracji", polecam Wam! 
Listę znajdziecie w zakładce Klubu.

Poza tym chciałam oznajmić, iż wczoraj mój patriotyzm spadł o ok. 50% z powodów politycznych - jestem zdegustowana, wkurzona i w ogóle mam focha, więc nie wiem jak długo jeszcze Klub pociągnie hehe [więc czytajcie póki jest:)].

Ale my tu nie o polityce. Rzym zalany totalnie, oberwanie chmury trwa od kilku dni i końca nie widać. Do tego wali piorunami, że aż szyby w oknach się trzęsą więc nosa za drzwi nie wystawiam (a, przepraszam, polazłam na spacer 2 dni temu i mnie niemal zwiało, więc postanowiłam siedzieć na 4 literach). Ale jest to siedzenie twórcze. 

Po pierwsze uszyłam dziś firanki, z czego jestem niezmiernie dumna, gdyż czekały na mnie od 3 miesięcy. Nie obyło się bez niecenzuralnych słów, ale skończyłam i mam je z głowy:) Dodam też, że pozazdrościłam Wam pięknych serduszek, które oglądam na Waszych blogach i jedno spróbowałam uszyć. Krzywe nieco wyszło, ale pierwsze koty za płoty.

A jeśli chodzi o prywatę - wydziergałam 2 komplety podkładek na stół.

Pierwszy - biało-różowy. 
2 podkładki pod filiżanki/kubki plus 1 większa pod dzbanek, 
ozdobione koralikami Murano ze srebrem (próba 925) ! Fajne są:)


Drugi komplet - różowo-granatowy. 6 podkładek plus serwetka.

Więcej info tutaj.
Są na sprzedaż. Mogę też zrobić na zamówienie w innych kolorach, wzorach itp.

A poza tym życzę Wam udanego (ponoć zimowego już) weekendu. Ja odliczam dni do Świąt:)
MIŁEGO!!!

28 listopada 2012

handmadowo

Halo halo.

Dziś nie będę się rozpisywać. Tzn. taki mam plan, a co z niego wyjdzie, to się okaże.

Zanim "po pierwsze", polecam Wam post o Londynie naszej Klubowiczki Pauliny - Mój Londyn... Przeczytajcie koniecznie! Jeśli nie znacie jeszcze Klubu Polki na Obczyźnie, zapraszam Was tutaj. Jest nas coraz więcej :)

Ale do rzeczy.

Po pierwsze przedstawiam Wam obiecaną sowę. Nie ma imienia, za to ma wytrzeszcz oczu i klapnięte uszko, no ale nikt nie jest doskonały... Jej przeznaczenie nie zostało jeszcze sprecyzowane, natomiast w planach są narodziny (czy może raczej wyklucie???) braci i sióstr....


Dziergam też różnego rodzaju gadżety stołowo-kuchniowe, podkładki, serwetki i takie tam, na pewno Wam je pokażę kiedyś, ale dziś nie o tym. Będę się znów chwalić, bo jestem z siebie całkiem dumna.

Moja siostrzenica Oliwia, lat 3, jak sama twierdzi, jest księżniczką. Nawet będąc ostatnio w szpitalu, idąc do pokoju zabaw, oznajmiła pani doktor, że idzie do sali balowej... Wielbi też róż i sukienki (długie). Natchnęło mnie to do zrobienia jej niespodzianki. Kupiłam kiedyś w Ikei firankę. Było jej strasznie dużo i większość leżała w szafie niewykorzystana... Oto ona:

Tak mi się spodobała i sukienka i praca przy niej, że postanowiłam robić takie na zamówienie. Oczywiście, nie z ikeowskiej firanki, tylko z tiulu. Sukienka jest na gumce, więc idealnie się dopasowuje. Można wybierać dowolne kolory, mieszać je, ozdabiać, zmieniać długość. Może to być też spódnica. No i jak Wam się podoba pomysł?

24 listopada 2012

co w trawie piszczy...

Jak Wam mija weekend?? Mnie słonecznie i spacerowo.. A czymże jest spacer bez aparatu??

Coś mi się zdaje, że niedługo będę znać każdy listek w rzymskiej Villa Borghese... Każdy kwiatek, szyszkę i igiełkę... Powiedzcie, czyż ten świat nie jest cudowny? Dlatego nie mogę pojąć, dlaczego ludzie nie potrafią tego docenić i żyć w spokoju obok siebie.. Eeeee, takie tam wieczorne przemyślenia, za dużo się wiadomości nasłuchałam...  Sowa w każdym razie została przeniesiona do kolejnego posta, bo tutaj mi nie pasuje...


Do miłego:)

22 listopada 2012

Pękam (z dumy)

Kilka dni temu (a w zasadzie będzie już z tydzień.. no ale ostatecznie to wciąż kilka dni) zostałam (m.in. ja) wyznaczona przez Jagodziankę (w tym poście) do przedstawienia zdjęć, na których widnieje coś, z czego jestem dumna. A mają to być albo zdjęcia same w sobie, albo zdjęcie czegoś, co sama zrobiłam...

Jeśli nie trafi mnie.. coś.. (gdyż mój komputer wystawia dziś moją cierpliwość na próbę) zanim skończę, będziecie skazani na moje przechwalanki.

Jest tego sporo [:p], no ale mają być 3.

Po pierwsze primo zatem.

Odkąd pamiętam jestem fanką słodkości wszelkiego rodzaju, od niedawna jednak również pieczenia. O pieczeniu pojęcie mam niewielkie, nie przeszkadza mi to jednak w eksperymentowaniu z własnymi przepisami (albo raczej kombinacjami różnych przepisów). Różne są tego efekty, ale wczorajszy wypiek zaliczyłabym do szczególnie innowacyjnych. Wszyscy bowiem znają popularne babeczki - z angielska cupcakes... Ale kto zna babeczki wklęsłe??? Ha. A ja takie upiekłam (choć może nie do końca było to moim zamiarem). Ochrzczone zostały downcakes i wróżę im wielką karierę. A tak już całkiem serio, to mimo swego oryginalnego wyglądu są o dziwo pyszne... Pękam.


Number 2.

Ponieważ marny ze mnie długodystansowiec (lubię krótko i na temat) muszę być dumna ze skończenia wszystkich 25! kwadratów szydełkowych, z których powstać ma kocyk. Zaczęłam z miesiąc temu (nawet pisałam o tym na blogu), szło mi marnie, w międzyczasie wydziergałam kilka innych (mniejszych) rzeczy, no ale nastał ten dzień i finito (tzn. jeszcze trzeba je połączyć, ale to inna bajka... i pewnie kolejny miesiąc...). PĘK..


No i po trzecie.

Dekorowanie mieszkania nie jest moją mocną stroną, dlatego dumna jestem niezmiernie z mojego kółeczka świątecznego, zrobionego przeze mnie osobiście od początku do końca (z drucianego wieszaka, włóczki i kilku gałązek czegośtam czerwonego - jarzębiny prawdopodobnie). Trzy bombki do środka i gotowe (choć może jeszcze coś dorzucę, ale nie wiem na razie co).


Wiem, że nieładnie się chwalić, ale zostałam - można by rzecz - sprowokowana. 

Wydziergałam jeszcze sowę. Piękna jest, ale nie wstawię zdjęcia, bo to już by było za dużo chwalipięstwa (wiem, nie ma takiego słowa, ale najbardziej mi pasowało w tym miejscu). A więc i z sowy pękam. 

A najbardziej, to pękam z Waszych dzieł handmade, które oglądam na Waszych blogach. Zdolniachy jesteście:) 

Pa.

20 listopada 2012

pomarańczowe wrzosowisko

Ciao Belle! Tu Wasz Frankuś speaking.

Dziś na tematy dwa.

Poszłam rano na spacer w celu nacieszenia oczu niesamowitym (jak dla Polki) widokiem - całego morza drzew pomarańczowych. No bo to przecież czas dojrzewania pomarańczy, a we Włoszech rosną one na przydrożnych drzewach, w domowych ogródkach i gdzie bądź... A pomarańcze uwielbiam i jeść i cieszyć się ich zapachem.. A im są słodsze, tym bardziej czuję w powietrzu zbliżające się Boże Narodzenie... No bo czymże byłyby święta bez pomarańczy... To obok choinki i pierwszej gwiazdki nieodłączna część wigilijnej kolacji.. ehhh...

A pomarańcze w Rzymie są aktualnie albo zielone, albo już takie lekko niezdecydowane, albo dojrzałe... Kiedy zeszłej zimy spadł tutaj pierwszy raz od wielu (chyba ponad 20!) lat śnieg, widok ośnieżonych pomarańczy na drzewach był po prostu uroczy...


A po drugie muszę Wam się pochwalić wrzosami z mojego ganku. Na zdjęciach wyglądają bardzo dorodnie, więc nie będę wyprowadzać Was z błędu... A tak naprawdę to był tylko pretekst, żeby pstryknąć kilka zdjęć...


A jak już jestem "przy głosie", chciałam Was (tych, którzy jeszcze tego nie zrobili) zaprosić do przeczytania pięknych "złotych myśli" przeplecionych cudnymi zdjęciami dwóch naszych Klubowiczek - Kasi o Austrii i Madzi Jagodzianki o Francji...

Pa.

18 listopada 2012

niedzielne poszukiwania robalków

Halo halo Mietku, halo halo Franku:-)

Jak Wam minął weekend???

U mnie dosyć monotematycznie (co nie znaczy, że nieciekawie), ale o tym za chwilę...

Najpierw chciałam powitać nowe Obserwatorki oraz nowe Klubowiczki! Bardzo się cieszę, że jest Was coraz więcej, jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy dołączyć do Klubu, to nie ma co się zastanawiać, zapraszamy! Więcej info tutaj.

Poza tym na blogu Asi all is beauty zostały opublikowane moje zdjęcia konkursowe [jeśli jeszcze nie przeglądaliście tego bloga, to zachęcam, zwłaszcza pasjonatów fotografii, jest bardzo ciekawy, a do tego możecie zobaczyć mnóstwo pięknych zdjęć, także tych konkursowych:)].

Ale wracając do tematu. Pozazdrościłam ostatnio (ale to była taka pozytywna zazdrość) pięknych zdjęć makro Żanecie, Magnolia0joaska i Kindze. Jako, że mój obiektyw (choć kocham go całym sercem od pierwszego zdjęcia) do makro się nie nadaje, napisałam list do św. Mikołaja, z pytaniem, czy nie dałoby się zrobić czegoś w tej kwestii. 

Jak tylko Mikołaj zmaterializował moje prośby, wyruszyłam w teren. Biedny myślał, że ma mnie z głowy, ale niestety został wezwany na misję - poszukiwania robali, w miarę ładnych, co by się prezentowały na zdjęciach. Niestety rzymskie robale chyba dopadł zimowy sen, bo żaden się nie ujawnił (a teren poszukiwań był spory)... Nawet muchy się ulotniły.. Pomyliły im się pory roku - może i w większej części naszego kontynentu piździ, ale w Romie 18 stopni i zaczęła się wreszcie złota jesień (lepiej późno niż wcale)... 

Nie mogłam odmówić sobie przyjemności opublikowania kilku zdjęć. Mimo że najbardziej jednak kocham fotografować ludzi, to zabawa z makro baaaardzo wciąga. Robali nie ma, ale są liście, kwiatki, wróbelek, co się napuszył jakby był orłem co najmniej, no i pozostałości nocnego oberwania chmury...

A się dziś rozpisałam... 

 
To tylko test sprzętu. Obawiam się, że będziecie skazani na więcej takich fot... Miłego:)

Frankuś.

17 listopada 2012

przedświąteczny szał zakupowy

Czy Was już dopadł??

Staram się zwykle przed świętami poczynić małe wywiady środowiskowe, kto co chce. Odwieczny problem mamy z Babcią (lat 88), w tym roku usłyszałam - Dziecko, ja już jestem taka stara, że nic mi nie potrzeba... Tak więc nadzieje na w miarę sprawne rozwiązanie tej kwestii szybko zostały rozwiane.

Okazało się, że to nie wszystkie atrakcje. Zadzwoniła do mnie kilka dni temu Oliwia, z prośbą. Czy mogłabym kupić jej bransoletkę z Daisy. Od razu miałam dziwne przeczucie, że coś takiego może istnieć jedynie w szalonej wyobraźni trzylatki, więc na wszelki wypadek zapytałam, czy jeśli takiej nie znajdę, może być coś innego. Może. Bransoletka z Guffim. Ewentualnie z Pluto... Ostatnie moje pytanie brzmiało - a jeśli nie będzie ani z Guffim, ani z Pluto? - To będę bardzo smutna. Więcej pytań wolałam nie zadawać...

Bransoletki nie było (nawet z Kaczorem Donaldem), na szczęście była korona księżniczki, różowa, że aż oczy bolą i to zostało przyjęte okrzykami radości..

No i dopadł mnie ten przedświąteczny nastrój. Nawet powiesiłam sobie światełka w oknie i tak się sobie świecą. I sobie jeszcze jakieś ozdoby zrobię... Święta są bardzo krótkie, więc postanowiłam cieszyć się nimi w tym roku jak najdłużej... Bo czy jest cudowniejszy czas niż Boże Narodzenie??? Nie. Już nie mogę się doczekać, żeby było tak...


 albo tak...


 albo tak...


 i tak...


No a tak w ogóle, to chodząc tak po tych sklepach spotkałam Św. Mikołaja. Okazało się, że bardzo w tym roku nie narozrabiałam i dostałam prezent!!! A jaki, to z pewnością przekonacie się wkrótce [haha, Mikołaj sobie myślał, że będzie mnie miał wreszcie z głowy, ale obawiam się, że najgorsze dopiero przed nim:)].

Więc nie zapomnijcie o listach do Świętego Mikołaja, bo ON naprawdę istnieje!!!


zdjęcia via Pinterest.com

13 listopada 2012

rozważania natury romantycznej i PLEBISCYT

Wracam do świata żywych po całej dobie bez prądu, a co za tym idzie braku internetu, ogrzewania, ciepłej wody i światła. Pranie więc prało się 24 godziny, naczynia w zmywarce spędziły tyle samo czasu.. no ale jak już w końcu po 5 godzinach czekania, aż włączą prąd stwierdziłam, że to może coś u nas nie halo, na jakiegoś specjalistę, który mógłby przyjść i to sprawdzić, było już za późno - 17... O tej porze we Włoszech już nikt się nie pofatyguje...

Teraz jak sobie to analizuję, mam podejrzenia, że to wina telewizora. W niedzielę do 2 w nocy oglądałam Dumę i uprzedzenie i wczoraj rano stwierdziłam, że obejrzę jeszcze raz. I wtedy TO się stało... Widocznie nasz telewizor miał dość przeszywającego wzroku pana Darcy... Ja go nadal kocham, mimo że w ciągu tych 6 serialowych godzin uśmiecha się tylko 2 razy... ale jakiż to jest uśmiech, ehhh....

A tak swoją drogą - czyż to nie cudowne, kiedy mężczyzna tak kocha kobietę, że zrobiłby dla niej wszystko? (I do tego nawet rozczochrany jest tak seksowny)...

Zaraz za panem Darcy jest oczywiście Gilbert Blythe...  Myślę nad nr 3, ale sama nie wiem... A jakie są Wasze typy?? Może Bohun?? Ostatecznie chciał podarować Helenie pół Ukrainy - trzeba przyznać, że to dość romantyczne (tylko ona coś nie bardzo była chętna..) ... Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii:)


Do you also blame Mr. Darcy for your high expectations of men???

Otwieram plebiscyt na najbardziej romantyczną postać filmową wszech czasów!

11 listopada 2012

zapiski szwajcarskie cz.9 [LUCERNA] i Ania

Po raz kolejny stwierdzam, że jestem nawiedzona. Oglądnęłam rano w tv Anię z Zielonego Wzgórza. Po raz 135. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że tak się znowu wkręciłam w tą historię, że zaraz włączyłam sobie na you tube kolejne części i oglądnęłam je prawie wszystkie - łącznie 5 godzin!!! Było jak zwykle mnóstwo wylanych łez wzruszenia (w tych samych momentach co zawsze oczywiście), kiedy to Gilbert wyznaje Ani, że ją kocha.. ehhh, jestem pomylona na punkcie tych romantycznych spojrzeń ekranowych... No i teraz kusi mnie, żeby sobie włączyć Dumę i uprzedzenie.. wzrok pana Darcy działa na mnie dokładnie tak samo jak wyznania miłosne Gilberta Blythe... A to 6 odcinków czyli kolejne 6 godzin... I coś czuję, że tak to się dziś skończy..

*****

Ale miało być o Lucernie. I tu także będzie Ania, tylko nie ta z Zielonego Wzgórza. A Lucerna to myślę przystanek obowiązkowy podczas pobytu w Szwajcarii. Cudowne widoki - miasto położone jest nad Jeziorem Czterech Kantonów, u stóp góry Pilatus. Poza tym przepiękna architektura i dwa mosty, w tym jeden z 1333 r. (odbudowany po pożarze w 1993)... No i pyszna kawa, a czymże jest miasto bez pysznej kawy... wiadomo:)

A na jednym ze zdjęć poniżej Ania pijąca herbatę ze szklanki, która szczególnie przyciągnęła moją uwagę...













Nie wiem czy Ania będzie jeszcze chciała pójść ze mną do kawiarni, bo tyle czasu zajęło mi robienie zdjęć jej herbaty, że w końcu musiała wypić zimną... Ale fajnie było...

9 listopada 2012

KLUB Polki na Obczyźnie - Moje Złote Myśli

Niewtajemniczonych wtajemniczam, wtajemniczonym przypominam - założyłyśmy z kilkoma blogerkami, KLUB Polki na obczyźnie. Jest nas kilka, ale liczymy, że będzie coraz więcej... Więcej informacji znajdziecie tutaj, zgłaszajcie się koniecznie:)

A tymczasem jednym z punktów Klubu są Złote Myśli. Większość z nas - klubowiczek, takie Złote Myśli o kraju, w którym mieszka, prędzej czy poźniej [:)] napisze... Hasła są dla wszystkich takie same, a zaczynam ja...

MOJE ZŁOTE MYŚLI - WŁOCHY

1. imię/kraj/miasto
Magda/ Włochy/ Rzym


2. najfajniejsze
to najtrudniejszy punkt, ale postawię na włoski luz... zero pośpiechu, praca 7 godzin dziennie z godzinną przerwą na lunch, żadnych zasad na drogach, nocne życie... początkowo śmieszyło mnie nawet to, że w sobotę przed południem w hipermarketach niektóre półki są puste [ale ostatnio zaczyna mnie to wkurzać:)] w każdym razie wszyscy sa uśmiechnięci i zdają się niczym specjalnie nie przejmować...

3. najpiękniejsze
wg Jonasza Kofty "najpiękniejsze są miłości, których nie ma...":), a wg mnie najpiękniejszy we Włoszech jest Rzym.. mówię to jednak z pewną nieśmiałością, bo Włochy są w ogóle piękne i trudno wskazać coś najpiękniejszego..
jednak do Rzymu mam ogromny sentyment, jest dla mnie magiczny, a poza tym często łapię się na tym, że będąc gdzieś na spacerze w Rzymie po raz setny, wciąż zachwycam się jego pięknem... Uwielbiam widok ze Schodów Hiszpańskich, Campo dei Fiori, Plac Navona nocą czy plac przy Pantheonie.. ale tak naprawdę wiele miejsc ma swój niepowtarzalny urok, te wąskie uliczki z kawiarenkami, powalający Pałac Wenecki, dziwaczne ostatnio Koloseum (o nim poniżej), no a poza tym dla mnie to Rzym (a nie Paryż) jest miastem miłości... od dawna zakochana jestem w Rzymie i chyba tak już zostanie:)



4. ciekawe
 ciekawe jest to, że pomimo milionów turystów odwiedzających Włochy przez cały boży rok, 
kryzys jaki ogarnął ten kraj zdaje się ciągle pogłębiać...

5. coś pysznego
 tutaj trudno wybrać jedną rzecz... 
włoska kuchnia jest genialna - od makaronów, przez pizzę, sery, kawę, słodkości...  
a oprócz tego pokochałam włoską bruschettę z pomidorami, panierowane mozzarelinki, małże i ryby...


6. uwielbiam
 ponad wszystko uwielbiam śniadania w mojej włoskiej kawiarni za rogiem, z pyszną kawą i cornetto, cudownymi ludźmi gadającymi i gestykulującymi od samego rana i pracownikami, którzy nawet nie pytają mnie co zamawiam, tylko od razu robią cafe latte i podają cornetto z kremem [ewentualnie zanim jeszcze powiem Ciao, jestem informowana, że z kremem już nie ma].. no i zawsze jestem bella albo cara, zresztą tak jak wszyscy inni:)

7. nie cierpię
 najbardziej nie lubię włoskiego naciągania i oszustw, a niestety zdarza się to bardzo często, a najbardziej narażeni są oczywiście obcokrajowcy...

8. do pozazdroszczenia
 zdecydowanie położenie geograficzne.. Włosi mają wszystko - morza, góry, jeziora, gdziekolwiek się nie ruszyć, wszędzie jest pięknie, do tego pogoda, jak dla mnie prawie idealna
poza tym cudowne zabytki, dzieła sztuki, wspaniała architektura...


9. dziwaczne
dziwaczne a zarazem rozbrajające jest dla mnie zabieranie psów do centrów handlowych i supermarketów... 
w żadnym kraju nie widziałam jeszcze takiego zjawiska:) 
a ponadto, okazało się, że Koloseum się sypie i odkąd zaczęli go "rekonstruować" wygląda co najmniej dziwacznie...


10. brakuje mi tutaj…
chyba najbardziej rodziny i przyjaciół... 

To moje subiektywne spojrzenie na Włochy... Jak odkryję tajemnicę wstawiania do posta czegoś takiego jak "add your link", to pozostałe Klubowiczki będą mogły wstawiać linki do swoich złotych myśli w tym poście:)

7 listopada 2012

zapiski szwajcarskie cz.8 [Brunnen]

Jakoś nie mogę dojść do siebie po tych prawie 2 tygodniach w Szwajcarii. Próbuję przestawić się z chodzenia spać o 3 rano na normalne pory normalnych ludzi (choć już wiele razy słyszałam, że całkiem normalna nie jestem - ale biorę to jako komplement hehe). Sprawy nie ułatwia dziwaczna pogoda, przez którą nic nie schnie i tonę po prostu w stosach prania... I jeszcze trochę mi zejdzie, bo ktoś to później musi wyprasować...

Ale nieważne. Wracam jeszcze myślami do Szwajcarii... Jako wielbicielka szlajania się po świecie i maniaczka robienia zdjęć, a do tego odczuwająca wieczny niedosyt opowiadania wrażeń, uzewnętrzniam się znowu tutaj... No bo tak sobie przemyślałam różne sprawy i doszłam do wniosku, że radochę podróżowania należałoby podzielić tak: 25% to fizyczne bycie gdzieś, kolejne 25% to zdjęcia, kolejne 25% to opowiedzenie o wrażeniach po powrocie, i ostatnie 25% to wspomnienia... No więc dzielę się z Wami radością podróżowania w 50%... Czy ktoś coś z tego zrozumiał???

Tak czy inaczej dziś będzie o jednym z najbardziej malowniczych miast, jakie w życiu widziałam... Mieliście kiedyś takie uczucie, że jest dookoła Was tak pięknie, że nie wiecie gdzie patrzeć? Tak właśnie jest w Brunnen, małym miasteczku nad Jeziorem Czterech Kantonów. Bajkowe miejsce...


 ta skrzynka na listy mnie naprawdę rozbroiła...




 proszę bardzo, to się nazywa lans...


A kolejny post będzie o Lucernie... Tam oczywiście jest równie pięknie i malowniczo...
Słodkich snów Wam życzę:)

4 listopada 2012

zapiski szwajcarskie cz.7 [ ALPY ]

Dziś będzie o raju na ziemi, a konkretnie w Szwajcarii. Już wcześniej pisałam, że Szwajcaria piękna jest wszerz i wzdłuż, więc wszystkich tych cudów nie sposób odwiedzić podczas jednego pobytu. Dziś będzie o cudnym miejscu Stoos - małym miasteczku [mam nadzieję, że tym razem wszyscy zgodzą się z tym określeniem:)] leżącym na wys. ok. 1300 m. n.p.m. Generalnie jest to świetne miejsce na trekking, ale nie o tej porze roku. Ponieważ za mocno wiało, wyciąg krzesełkowy na samą górę - 1922 m. n.p.m. - Fronalpstock, nie działał i nie udało nam się zobaczyć obłędnych widoków na Jezioro Czterech Kantonów. Listopad to też zbyt późna pora na bliższe spotkanie z krowami z grzywkami, które pasą się na górze, ale jeżeli macie zamiar wybrać się do Szwajcarii w porze letniej, te miejsca są na pewno warte odwiedzenia (osobiście mam nadzieję tam wrócić).

Na samej górze, czyli na Fronalpstock, widok jest zdecydowanie fajniejszy niż ze Stoos [to znaczy wierzę na słowo tym, którzy tam byli:)]. Mniej więcej taki:


Pan fotograf chyba spodobał się krowie ze stylową grzyweczką, bo zapozowała profesjonalnie...

Stamtąd można zejść na dół albo zrobić sobie dłuższy (i bardziej ekstremalny) "spacer" szczytami, szlakiem na Klingenstock. Baza wyjściowa to Schwyz (ok. 45 min. jazdy samochodem z Zurichu). W Schwyz znajduje się też sklep fabryczny z oryginalnymi szwajcarskimi scyzorykami, nożami itp. z 20% zniżką.

No ale jak ktoś jest inny niż wszyscy (jak ja) i przyjeżdża do Szwajcarii w listopadzie, to musi się zadowolić tylko krótką wyprawą. Co nie znaczy, że niefajną. Jezioro Czterech Kantonów widać ze Stoosu tylko trochę, krowy z grzywkami już poszły spać, ale na dole spotkałam takie trochę bardziej włochate (podobno to jakaś odmiana szkocka???). Tak czy inaczej były bardzo towarzyskie, podeszły całkiem blisko, zapozowały z prawej i z lewej i poszły...

FOTORELACJA
zdjęcia z samochodu, w drodze do Schwyz



Stoos na początku listopada... właściwie nie wiadomo, czy to jeszcze jesień czy już zima...
ale było słonecznie i pięknie!







gdzieś w okolicach Schwyz...



Ale to nie koniec wycieczki. Ponieważ zjechaliśmy ze Stoos całkiem wcześnie, wykorzystaliśmy popołudnie na 2 cudowne miejsca - Brunnen, oddalone od Schwyz kilkanaście minut jazdy i Lucernę (w drodze powrotnej do Zurichu). Jutro wyjeżdżam, ale to nie koniec zapisków szwajcarskich i zdjęć oczywiście. Oprócz Brunnen i Lucerny będzie uczta fotograficzna (mam nadzieję, bo zdjęcia są jeszcze w aparacie, więc kto wie jak wyszły) dla miłośników malowniczych kamieniczek, tym razem z Niemiec...

No ale czy te krowy nie są rozbrajające???